"Tak naprawdę nie wiemy, co ciągnie człowieka w świat. Ciekawość? Głód przeżyć? Potrzeba nieustannego dziwienia się? Człowiek, który przestaje się dziwić jest wydrążony, ma wypalone serce. W człowieku, który uważa, że wszystko już było i nic nie może go zdziwić, umarło to, co najpiękniejsze - uroda życia."
Ryszard Kapuściński
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zawody. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zawody. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 11 marca 2013

Wiosenny Tułacz 2013


W tym roku - a dokładniej w pod koniec zeszłego - rozpoczęłam współpracę z Bractwem Przygody Almanak, dołączyłam do zespołu, który organizuje Nocne Biegi na Orientację Tułacz. W ciągu 2013 roku przygotujemy trzy edycje Tułacza. Najbliższa - Wiosenny Tułacz 2013 - będzie miała miejsce w dniach 6-7.04.2013 na terenie powiatu bytowskiego. Bazą zawodów będzie Zespół Szkół w miejscowości Tuchomie.

Czym jest Tułacz i do kogo jest skierowany?
Tułacz to rajd mający na celu odnalezienie w terenie kilkunastu punktów kontrolnych, mając do dyspozycji mapę, kompas oraz sporo wytrwałości. Niepowtarzalnego smaczku całej akcji dodaje nocna sceneria Tułacza. Nocne Biegi na Orientację Tułacz skierowane są do wszystkich, którzy chcą w niebanalny sposób spędzić wolny czas, sprawdzić swoje siły w odnajdywaniu nocą punktów w lesie, którzy cenią sobie kontakt z przyrodą, którzy chcą oderwać się od telewizora czy komputera oraz doskonale bawić się wraz ze znajomymi i rodziną w atmosferze zdrowej rywalizacji sportowej! Tułacze to także niesamowita okazja na integrację pracowników w ramach wspólnego pokonywania własnych słabości ponad podziałami w pracy. Wiosenny Tułacz 2013 to 4 trasy: trzy piesze o dystansach 25 km, 50 km i 30 km typu scorelauf oraz jedna trasa rowerowa (50 km).

Więcej informacji znajdziecie na stronie internetowej oraz na profilu FB.

I jeszcze prywatna dygresja. Bardzo się cieszę, że mam okazję tworzyć ten, cieszący się już popularnością w niektórych kręgach, bieg na orientację. Jest to fajna impreza, dla fajnych ludzi. Jest dla mnie nowością, ponieważ nigdy nie robiłam zawodów stricte na orientację - nowe wyzwanie, nowe doświadczenie :-) Zapraszam wszystkich serdecznie i do zobaczenia!




czwartek, 4 sierpnia 2011

Karpacz

Trzy tygodnie temu [!!] pojechałam do Karpacza. Na zawody oczywiście. W tym roku w Biegu na Śnieżkę wzięło udział ponad 230 zawodników. Nieźle. Biuro zawodów udało nam się ogarnąć w 2,5 godz. Też nieźle.
Wyjazd było bardzo na luzie - przynajmniej dla mnie. Jadąc do zahaczyliśmy o najpopularniejszą miejscowość w Polsce Zachodniej i nie mogłyśmy się powstrzymać przed zrobieniem zdjęcia:


A wracając zepsuł nam się samochód, dzięki czemu mieliśmy krótkie wczasy we Wrześni :) Nie zwiedzaliśmy, nie lataliśmy po sklepach, nic z tych rzeczy. Siedziałyśmy sobie na słoneczku, opalałyśmy nogi i piłyśmy piwko, a Paweł pracował :-)

środa, 10 listopada 2010

Bieg po Złoto

Paweł sobie kiedyś wymyślił: "A czemu nie zrobić biegu w kopalni złota?". No właśnie czemu nie? Kopalnia jest, chętni pewnie też się znajdą, pomysł całkiem ciekawy - w Polsce nie często biega się pod ziemią. Zrobiliśmy więc Bieg po Złoto w ostatnią sobotę. Spakowaliśmy manatki i pojechaliśmy - z Gdańska tym razem ja, Paweł, Kamila i Przyczepa - do Złotego Stoku, gdzie czekała na nas Ela z rodziną. Wspominałam już o tej mieścinie wcześniej, więc teraz nie będę się zbytnio rozpisywać.
Były to ostatnie (chyba) zawody w tym roku, które organizowaliśmy, więc fajnie było spotkać się z ekipą, która przyjechała wtedy, kiedy już wszystko było gotowe.. Oczywiście nie obyło się bez problemów (one są chyba na każdych zawodach...) - znowu zawiódł kurier i znowu w Wałbrzycha! Naszym wybawicielem był Karol, który u nas zajmował się pomiarem czasu, odebrał paczkę i w sobotę Ewa zakładała już pamiątkowe medale każdemu zawodnikowi na szyję..
Jeszcze słów kilka odnośnie biegu.. Dystans był bardzo niewielki - wyniósł około 4 km, ale trasa była bardzo fajna :) Zawodnicy przebiegali przez dwie sztolnie, gdzie czekały na nich m.in schody. Później do pokonania mieli kilka podbiegów i zbiegów, najlepsi pokonali trasę w około 11 minut. Kto nie był niech żałuje ;)
I wygląda na to, że sezon na zawody w tym roku został zakończony...

poniedziałek, 25 października 2010

MPAR 2010

Teraz będzie zbiorczy opisy wydarzeń ostatnich zawodów, który tworzę już kilka dni :) Jak wcześniej już pisałam kilka dni spędziłam w Elblągu, gdzie organizowaliśmy Mistrzostwa Polski w Adventure Racing. Do Elbląga przyjechaliśmy w środę koło południa, już od tego czasu zawodnicy mogli się u nas meldować i odbierać pakiety startowe. Najpierw trzeba było wszystko oczywiście przygotować. I kto był szefem biura zawodów? No pewnie, że ja.. [heh, już chyba nim zostanę do końca życia ;)]. Prawdę mówiąc, to bardzo się przejmowałam, wcześniej nie robiłam takich zawodów, ale na szczęście dałam radę i myślę, że nie było tak źle..
Baza zawodów zlokalizowana była w samym centrum Elbląga, a Paweł tak wymyślił trasy, by zataczały one pętle i po każdym etapie zawodnicy wracali do szkoły, gdzie czekałam na nich z gorącą herbatą :-) Pierwszy raz robiliśmy zawody na Wysoczyźnie Elbląskiej i wydaje mi się, że niektórzy nie wiedzieli co ich czeka.. Najpierw kajaki, a później to różnie bywało - w zależności od trasy - rolki, rower, bieg na orientację czy wycieczka przez bezdroża Wysoczyzny...

Nie chce mi się już pisać o tych zawodach. Jak to powiedziałam Jędrek stwierdził: "napisz, że nie chce ci się o nich pisać". Michaśka powiedziała "napisz, że było fajnie".
No to piszę - było fajnie :) nawet w kieckę wskoczyłam na sam koniec ;-) ale nie świeciłam jak gwiazda ;)

Ok, napiszę jeszcze, że fajnie było niektórych poznać, a innych ponownie zobaczyć! Pomagali nam:
- ekipa z Białegostoku
- ekipa z Ostrołęki [która chwilowo nawet wcieliła się w zespół trasy masters i wystartowała ;)))]
- POPR
- ekipa Błażeja
- ekipa Tomka D.
- kilka osób bez ekipy: Ada, Maciek, Agnieszka, Kamila, Jabu :-)
- nasi super fotografowie: Piotr i Olek
- kamerzysta Marcin

:-)

sobota, 23 października 2010

MPAR cz2.

Kolejna bezsenna, lub prawie bezsenna noc na zawodach. Czekam na info odnośnie ekipy trasy MASTERS, jedynej która się ostała., by to info przekazać dalej w świat;) W międzyczasie piszę relację, coby ją później wrzucić na www. Na trasie SPEED - tej krótszej pozostało tylko 10 zespołów, czyli równa połowa tego ile wystartowało. Chyba jednak obudzę kogoś i pójdę spać ;)

piątek, 22 października 2010

Elbląg i jak zwykle zawody ;)

I siedzę w Elblągu. Robimy tutaj Mistrzostwa Polski w Adventure Racing - MPAR. Zawodnicy trasy Masters właśnie na rowerach pokonują bezdroża Wysoczyzny Elbląskiej, zawodnicy trasy Speed przygotowują się do jutrzejszego startu, a ja siedzę i piszę relację z pierwszego dnia zawodów. Część z niej napisał Paweł, co możecie przeczytać tu.
Najchętniej to jednak wskoczyłabym do śpiworka ;)

wtorek, 12 października 2010

Wcale nie tak daleko - Gdynia

Nie będzie postu o Gdyni. Będą tylko zdjęcia z zawodów, które robiłam w tym mieście w ostatnią sobotę. Foto wzięłam od Ani (oglądajcie póki ich nie zablokuje ;)). Kilka słów? No cóż.. było nas 12 dziewczyn i 3 panów, ponoć szło nam wyjątkowo gorzej niż zazwyczaj.. może to już przemęczenie? Najważniejsze - zawodnikom się podobało :)

Miłego oglądania :-)

Dziękuję wszystkim za pomoc!! :-)

wtorek, 5 października 2010

MM2010 - Bieg na Stare Wierchy - Rabka-Zdrój

I zawody Mountain Marathon 2010 są już za nami. Ostania edycja miała miejsce w Rabce-Zdrój i nosiła nazwę Bieg na Stare Wierchy.
Do Rabki pojechaliśmy tydzień temu, tylkoja nie miałam za bardzo czasu by o tym do tej pory napisać.. więc piszę teraz :) ekipa niezbyt duża, bo i nie było za wiele roboty. Niestety część osób z północy musiała pojechać pociągiem, ale myślę, że laskom - Kamili, Marysi i Adzie zbytnio się nie nudziło, bo po przyjeździe całkiem niezłe historie opowiadały ;) A ja, Paweł, Maciek i Przyczepa jak zwykle zrobiliśmy tour de Pologne, ale zajęło nam to wyjątkowo mało czasu - jakoś po 12 już dojechaliśmy do celu. Odbierając materiały z UM w Rabce widzieliśmy jak miłej aparycji dziadek dość poobijanym samochodem stuknął w dość ładny samochód. Hyhy ;)
Nocowaliśmy w domu rodem z Wichrowych Wzgórz.. Duch Scarlett pewnie unosił się w pokojach albo siedział na wiekowych fotelach, z których można zrobić wiele ciekawych rzeczy [kibelek de lux?].
Sobota - cóż ja mam pisać o sobocie - wstaliśmy po 5, poszliśmy na amfiteatr, rozstawiliśmy wszystko co mieliśmy rozstawić i czekaliśmy, czekaliśmy i czekaliśmy na zawodników. Na szczęście w pewnym momencie zaczęli się zjawiać, trochę śmiesznie by było, gdyby nikt nie pobiegł ;)
A wieczorem zrobiliśmy Martynie niespodziankę urodzinową [sto lat! sto lat!!] i daliśmy kremówkę ze zwykłą świeczką, bukiet lizaków i misiaka-przytulaka :) Specjalnie dla niej duet w Kawiarni Zdrojowej zagrał Podhalańskie Tango, które ponoć miało wyciągnąć wszystkich na parkiet. Były tańce, owszem, przy pięknej muzyce, bardzo zmiksowanej czasami, przy piosenkach, których słów nie rozumiałam, ale to nie ważne. Ważne, że kuracjusze i autochtomi znakomicie się bawili! A co tam, ja też tańczyłam ;) Potem nawet jakieś wino się znalazło, po którym zasnęłam momentalnie, podczas gdy reszta pysznie się bawiła.
W niedzielę Rabkę odwiedział prawdziwa złota jesień. Było słonecznie, ciepło, miło. Poszłyśmy z laskami na spacer, podczas gdy faceci omawiali to i owo.
Wybaczcie chaotyczną wypowiedź, ale jakoś nie mam weny na pisanie.. Jakbym o czymś zapomniała, to proszę o przypomnienie. A ma ktoś zdjęcia??

poniedziałek, 13 września 2010

MM - Lądek-Zdrój, Bieg na Górę Trojak

W ostatni weekend, a dokładnie w ostatnią sobotę [11.09.2010] zrobiliśmy kolejną edycję Mountain Marathon tym razem w Lądku-Zdroju o nazwie "Bieg na Górę Trojak". Jak zwykle w czwartkowy wieczór wskoczyliśmy w samochody i udaliśmy się na południe; i jak zwykle my z Pawłem pojechaliśmy po przyczepę. Tym razem na szczęście nic po drodze się nie zepsuło ;)
Zawody, jak to zawody, jednodniowe, to zleciały błyskawicznie. Niestety tego dnia w Polsce odbywało się kilka biegów górskich, z festiwalem biegowym w Krynicy włącznie, co spowodowało bardzo niską frekwencję u nas. No ale czołówka polskich biegaczy się zjawiła ;-) Ja oczywiście urządowałam w biurze zawodów i pajacowałam z mikrofonem. Nie wiem czy to zmęczenie czy słońce palące w czoło, ale pare razy wymknęły mi się różne kwiatki, typu "strażak miejski" zamiast "strażnik miejski"... Na szczęście publiczność (która na prawdę dopisała!) za bardzo mnie nie słuchała ;)
Nie było chyba jeszcze takiej edycji, gdzie o godzinie 15 byliśmy spakowani, plac był posprzątany, a my jedliśmy obiad. Może to Lądek ma coś w sobie, że poszło nam tak sprawnie, a może już po prostu tyle razy to robiliśmy i większość wie jak ma działać. I tym sposobem o 17 już wybyliśmy na zasłużone piwko ;) J
Dziękuję za pomoc wszystkim czyli: Adzie, Ani, Maćkowi i Marcinowi (ekipa trójmiejska), Ewie i Agnieszce (ekipa szczelińcowa), Wojtkowi, Arturowi i Kamilowi (ekipa białostocka) i oczywiście naszym fotografom Wojtkowi i Łukaszowi :-))
A co do Lądka jeszcze... to małe miasteczko ma taki potencjał, że hej! Ale niestety w ostatnich latach za bardzo nikt tego nie wykorzystuje.. Zmienia się ponoć na lepsze, ale nadal mnóstwo stoi pięknych, starych willi, które niestety po woli się rozsypują..

środa, 8 września 2010

Rolki - zdjęcia

Chyba ze względu na moją obecną pracę ten blog powoli staje się miejscem, gdzie piszę głównie o zawodach.. No cóż, życie to nie bajka, jak brzmi moje ostatnio ulubione powiedzenie, trzeba przyjmować to, co nam niesie. A skoro ostatnie miesiące u mnie skrywają się pod mianem imprez sportowych, to o nich piszę. Dziś nie piszę, dziś pokazuję zdjęcia z Maratonu Sierpniowego, a raczej z jego zaplecza - biuro zawodów zaprasza :-)Takie medale zawodnicy otrzymywali po dojechaniu na metę. My też je dostaliśmy - po skończonej pracy. Co raz więcej takich cacek zalega w mojej szufladzie - będzie co wnukom pokazywać i opowiadać ;-)

Biuro zawodów, dzień drugi, czyli sobota. Agata i Ania, zajmują się rejestracją dzieciaków do zawodów wrotkarskich. Ja miałam to robić. Ja powiedziałam "Jestem gotowa na dzieci" to nie wiem czemu ale wszyscy mnie wyśmiali... Dziwne..

Kadr z życia rolkarza.

W sobotę już odbijała palma.

Poważna Ania zakosiła jabłko. Czyżby miała jakieś grzechy na sumieniu?!

Agata.

Ratunku!! Ja chcę do domu!! Schować się! :) Prawie mi się udało ;)

Marii.

Mój zegarek uczynił mi siniaka na dłoni. W tle miasteczko zawodów.

Żaby nie było tylko same biuro - hokej! Nie mam pojęcia jak grali, nie miałam czasu na nich patrzeć ;)

Asi też uderzyła głupawka :D

Kamyk pilnuje tablic.

A na koniec pakowanie, sprzątanie i dziwne kroki Marii.

Zdjęcia dzięki uprzejmości Ani :-) tu więcej!

niedziela, 5 września 2010

MK - Wdzydze Kiszewskie

MK - czyli Maratony Kajakowe w roku 2010 już się zakończyły! Ostatnia edycja miała miejsce całkiem niedawno, 4 września, we Wdzydzach Kiszewskich. Maratony Kajakowe są takimi uroczymi zawodami, które robi się dość łatwo i bardzo przyjemnie. Nie są może na światowym poziomie, ale wydaje mi się, że ludziom, którzy przyjeżdżają i biorą w nich udział chodzi przede wszystkim o dobrą zabawę i to właśnie staramy się osiągnąć - lekką nutę rywalizacji wzbogaconą zasadami fair play oraz konkurencją, gdzie nad tym wszystkim góruje poczucie humoru i frajda z tego, że weekend można spędzić inaczej niż przed telewizorem. I mam wrażenie, że wszystkim o to chodzi, a to że można wygrać kilka drobnych nagród jest dodatkowym umileniem zawodów :) Fajnie było zobaczyć uśmiechy osób, które startowały we wszystkich czterech edycjach - chcieliśmy właśnie takich zawodników nagrodzić i po to wymyśliliśmy klasyfikację generalną. Niektórzy nawet wracali do domu z dwoma pucharami!
Jeżeli chcecie zobaczyć jak to wszystko wyglądało w tym roku, to zapraszam na naszą stronę internetową: Maratony Kajakowe 2010.
I jeszcze słowo o Wdzydzach Kiszewskich. Jest to mała wieś Kaszubska położona na północnym brzegu Jeziora Wdzydzkiego. Pięknie tam jest :) Słynie ona między innymi ze skansenu, ale nawet bez niego warto tam pojechać. Przede wszystkim dla jezior i lasów. Wierzcie mi, oczu nie można oderwać, przesiedziałabym tam cały dzień, noc i jeszcze jeden dzień, i bym patrzyła, patrzyła, marzyła :-) Trzeba tam wrócić z rowerem :)
I tym sposobem kończę cykl pt. mk2010; może w przyszłym roku też coś napiszę o tych zawodach;)

czwartek, 2 września 2010

I po rolkach...

Rolki zleciały ekspresowo. 3 dni pracy, mało snu, zakwasy na sam koniec, ale zadowolenie zawodników wynagradza wszytko! Nie wszystko się udało, pogoda nam trochę popsuła plany, ale myślę, że daliśmy radę. Oczywiście były niedociągnięcia, nic nie jest przecież perfekcyjne, ale ponoć było o niebo lepiej niż rok temu ;) Ja jak zwykle szefowałam w biurze zawodów. Przez nasze ręce przeszło około 460 zawodników; drugie tyle raczej bez większych problemów byśmy załatwiły ;) Maciek dzielnie walczył ze startem i metą, Krzysiu z porządkiem na placu. Po zawodach biegaliśmy, sprzątaliśmy, nosiliśmy i o 19 z bóle w nogach poszliśmy do domów..
Co do samego maratonu. Dzień wcześniej, a i nawet w dniu zawodów rano, padał deszcz. Koleżanka, która startowała mówiła, że pierwsza pętla (21km!) - maskara; później jechało się ponoć rewelacyjnie - drugi już wyschły. Mniej zadowoleni byli kierowcy gdańscy.. korki, korki, zamknięte ulice.. Cóż życie to nie bajka :)
A ja? A ja później spakowałam plecak, w niedzielę wskoczyłam w pociąg Tour de Pologne i udałam się na 2-dniowy urlop ;-)))

środa, 25 sierpnia 2010

Rolki!

Propozycja dla wszystkich lubiących rolki: II Maraton Sierpniowy! Co prawda ja nie jeździłam na rolkach od czasów podstawówki, ale nie przeszkadza mi to w pomocy przy organizacji tej imprezy ;)
Termin: 28.08.2010 - najbliższa sobota, miejsce - Gdańsk Główny, Plac Zebrań Ludowych.
A w sobotę po południu super zabawa - Konwencja Fitness Arena!
Zapraszam ;-)

poniedziałek, 16 sierpnia 2010

Ech Piwniczna... :-)

Piwniczna. To kolejna miejscowość, którą odwiedziłam w ramach organizowania biegów górskich. Pisałam już wcześniej, że podoba mi się ta mieścina wciśnięta między pasma górskie Beskidu Sądeckiego. Rok temu mieliśmy przyjemność nocować w Chatce pod Niemcową [super tam było, ale lokalizacja okazała się kompletną klapą jeżeli chodzi o organizację zawodów...], gdzie widziałam najpiękniejsze gwiazdy na świecie i wschód słońca, przez który nie mogłam złapać oddechu..
W tym roku nocowaliśmy niżej, w Stanicy Harcerskiej [polecam!], dojechaliśmy do niej [ja, Miśka, Paweł i oczywiście przyczepa] po 17 godz jazdy, przez całą Polskę, a co! Miśka trochę świata zobaczyła ;-)
Wszyscy zjechaliśmy się w piątek. No dobra nie wszyscy się zjechali - Jędrek i Szymon doszli ze Szczawnicy.. Na samym końcu oczywiście dojechała ekipa z Białegostoku, w bardzo fajnym - jak zawsze - składzie ;-)
Zawody, jak to zawody - zleciały szybko i nawet bezstresowo [to nie to samo co Karpacz]. Pogoda próbowała płatać nam figle na początku, nawet jakiś deszcze przez chwilę spadł, ale tylko przez chwilę, później było strasznie, strasznie gorąco.
Po zawodach - niespodzianka ;) niektórzy stwierdzili, że trzeba kolejny raz opić moje niedawne urodziny... Wchodzę do jadalni a tam kwiaty, sto lat, sto lat, prezenty, flesze i moja zdziwiona mina! Naprawdę nie spodziewałam się :) Najlepszy był prezent...;] może nie będę się rozpisywać co i jak, powiem tyle - chyba nigdy w życiu nie byłam w tak pozytywnym szoku :-)))))
Niestety w sobotę wieczorem cześć ekipy się zmyła do domów, a my zostaliśmy spożywając to i owo. No i w niedzielę pożegnaliśmy się, wskoczyliśmy w auta i się rozjechaliśmy... I tak trochę smutno na koniec się zrobiło...
A zdjęcia? Może będą później... Chyba najwyższa pora dorobić się jakiegoś aparatu ;)

Jedno zdjęcie - kwiaty i prezent i wszyscy jakby pracowali w Biedronce:

wtorek, 20 lipca 2010

MM2010 Karpacz

W czwartek wieczorem spakowaliśmy manatki i wyruszyliśmy w długą podróż do Karpacza. Powodem tego wyjazdu nie była wcale chęć pochodzenia po górach (choć chęć wystąpiła, niestety nieuskuteczniona..) lecz Bieg na Śnieżkę, kolejna edycja MM2010.
Podobieństw do wyjazdu do Ustronia było sporo, także pojechał Krzyś i zabrał laski: Anię, Kamilę i Marię oraz moją siostrę. Tu podobieństwa się kończą, bo wiem następiła wymiana sióstr: do Karpacza udała się Michalina, najmłodsza z rodu Pryśków. I w sumie Maciek pojechał z Krzysiem, a Miśka ze mną i Pawłem, i przyczepką. Całe szczęście - nie zepsuła się.. Dojechaliśmy jeszcze przed południem, więc mieliśmy jeszcze sporo czasu na załatwienie wszystkiego.
Tym razem, po złych doświadczeniach ze schroniskiem w Karpaczu, spaliśmy w Jeleniej Górze, w bardzo fajnym Schronisku Wojtek. Piątek zleciał nam na bieganiu, jeżdżeniu po Jeleniej Górze [ja i Paweł] oraz po Karpaczu [Maciek i Krzysiek], trzeba było dopiąć wszystko na ostatnią chwilę, a także na przygotowywaniu biura zawodów [Kamila, Ania, Maria, Michasia]. Wieczorem zajechała jeszcze ekipa wrocławsko-opolska oraz białostocka, z czego bardzo się ucieszyłam ;]
Zawody odbyły się jak zwykle w sobotę. Byliśmy przygotowani na ponad 200 osób, tym razem jednak frekwencja nie dopisała tak wspaniale jak w Ustroniu i wystartowało 168 zawodniczek i zawodników.
Bieg na Śnieżkę różni się o innych edycji Mountain Marathon. Jako jedyny jest biegiem typu alpejskiego, czyli biegnie się głównie pod górę, występują jedynie bardzo krótkie odcinki lekkiego zbiegu. Tutaj też meta jest w innym miejscu niż start - czyli musieliśmy rozegrać to trochę inaczej logistycznie.Mi, jak zwylke, przypadło siedzenie na starcie i obsługa biura zawodów, ale dzięki tenu nie witałam zawodników na mecie, co robił Stefan na szczycie :-)
Kilka osób zostało zawiezionych na swoje punkty.. Kilka osób musiało wejśc na górę..
Czyżby się zgubili? ;)

Moim zdaniem i pewnie nie tylko moim, zawody wypadły lepiej niż rok temu. Ominął nas deszcz, catering był na stadionie, sprawniej organizacyjnie to wszystko wypadło. No i meta była na Śnieżce, a nie pod...
W niedzilę był plan. Plan, aby zabrać Michaśkę i Kacpra [zwanym Czarusiem] na szczyt. Niestety deszcz odebral nam tej przyjemności wjechania na Kopę i przejścia spacerkiem na Śnieżkę.. Spokowaliśmy się więc i ruszyliśmy w drogę powrotną...
I chciałabym podziękować wszystkim za pomoc! Bez Was byśmy nie dali rady :-)
Kolejne zawody w Piwnicznej! :-)

Zmęczeni już po:)Zdjęcia wzięłam od Ani i Kamili. Zapraszam jeszcze do przeczytania opisu Ani :-)

wtorek, 6 lipca 2010

Bieg na Czantorię -> MM edycja 1 :-)

I za nami pierwsza edycja tegorocznych zawodów Mountain Marathon 2010! Miała ona miejsce w Ustroniu i nosiła nazwę Biegu na Czantorię.. Pojechało nas niewiele osób, z Gdańska ruszyło 8, Krzysiu był tak miły i wpakował do swojego samochodu 4 dziewczyny (w tym 2 Pryśki!), a ja z Maćkiem woziliśmy tyłki z Pawłem. I wszystko przebiegało pięknie i ładnie, aż do czasu... Dokładniej do czasu, kiedy to dojechaliśmy do super-miasta Włocławka. Okazało się, że poszło nam łożysko w kole w przyczepce. To popsucie wydawało nawet dość fajny dźwięk, ale tylko to było fajne. Rzecz ta straszna miała miejsce po godzinie 5, a mechanik podjął się zadania od godz 8.. niech żyją McDonaldy! A wyglądało to tak:I tak:W końcu Pan Mechanik wymienił łożysko, zadowoleni ruszamy w dalszą drogę, a tu... znajomy odgłos... dopiegający tym razem z lewej strony.. Kolejne dwa kola do naprawy! Cudnie! Nie chcę obrażać nikogo z Włocławka, ale w tamtym momencie poczułam się jak w zapadłej dziurze. Naprawdę. Nie spałam od doby, musieliśmy czekać na mechanika, gorąco, rozkopane ulice, do bankomatu daleko. W końcu ruszyliśmy, szybki obiad w Miłosnej i dalej na południe. Wszyscy już zmęczeni, a Paweł nadal jedzie. Do Ustronia dojechaliśmy po 18 godz podróży! Dawno tyle nie jechałam. A tam czekała już na nas ekpia z Gdańska - Krzyś i jego harem oraz ekipa z Wro i Opo - Martyna i jej fotografowie ;) Niestety nie od razu wskoczyliśmy do łóżek, musieliśmy się spotkać z Grażą, Panem Strażakiem i Karolem z pomiaru czasu, dzięki któremu o wiele szybciej załatwiałyśmy formalności z zawodnikami w biurze zawodów. Wieczorem czekało na nas jeszcze przegotowanie wszystkiego na następny dzień, z czego najważniejszą czynnością było wybranie dla nas koszulek, a co!A w tym czasie... Maciek przemierzał góry, doliny; przemierzał je razem z Anią. Ich celem było oznakowanie trasy biało-czerwonymi wstążeczkami, co by się nam zawodnicy nie pogubili.. I raczej się im udało, skarg na tarasę nie było chyba żadnych. Pokłony dla Macieja i Anny :D dodam, że Maciek ponownie przeszedł się ową trasą po zawodach - ktoś musiał ściągnąć owe wstążeczki ;-)

Sobota - dzień zawodów. Prawdę mówiąc spodziewaliśmy się około 70 zawodników, a przybyło 93... Nieźle, rok temu było startowało właśnie 70 osób. Zwody, jak to zawody - zleciały szybko, niektórzy się spóźnili, niektórym coś się nie podobało, inni byli uśmiechnięci - zawsze tak jest, każdemu nie dogodzisz. Na szczęście odbywają się one tylkoe jednego dnia - więcej chyba by moja psychika nie zniosła. I podobnie jak rok temu, musiałam jak nie napiszę kto, stać z mikrofonem i witać zawodników na mecie. Odkryłam synonim słowa "brawa", mianowicie "oklaski". Uczę się. Swoją drogą: ktoś może chętny? Z przyjemnością oddam mikrofon ;-) W sobotę, po zawodach zwinęła się ekipa południowopolska porywając Kamilę, a my zostaliśmy w Ustroniu, poszliśmy na pizzę i piwo. Ania z Mackiem roazgrali partyjkę w szachy oraz znaleźli niezłą zabawkę:Ania, wygrywasz konkurs na minę wyjazdu! :-)))
Podróż powrotna na szczęście bez przygód. I kilka jeszcze zdjęć od Agaty:

wtorek, 22 czerwca 2010

MK - Elbląg

Na początek zapraszam do obejrzenia zdjęć Łukasza z Wrocławia :-)

I kolejna edycja Maratonów Kajakowy za nami. Tym razem miała ona miejsce w Elblągu i tym razem nawet ja wzięłam w nich udział! Wystartowałam razem z Pawłem, w super zespole "Dziadek z laską". I nie mogę się powstrzymać, by od razu nie napisać które zajęliśmy miejsce: 5! W naszej oczywiście kategorii (najkrótszej ;)). Dystans 16 km pokonaliśmy w 2 godz 20 min i muszę zaznaczyć, że w większości to zasługa Pawła, bo ze mnie to miękkie flaki są. Ale po kolei.
Do Elbląga przyjechali razem ze mną moi znajomi - Asia & Łukasz (Kas), Kasia & Michał (Kos), a raczej ja z nimi, bo się im wpakowałam z żółtym wiosłem do samochodu (ledwo, ledwo!). Dojechaliśmy więc do Elbląga, w piątkowy wieczór, rozłożyliśmy namioty i wybraliśmy się na MIASTO. Chłopcy i dziewczęta zachwyceni były Nowym-Starym Miastem. Niestety ciężko nam było znaleźć jakiś czynny sklep w tych wieczornych godzinach, nawet taksówkarz nie mógł nam pomóc.. W końcu coś znaleźliśmy! A gdy kładliśmy się spać, to o nasz namioty delikatnie rozbijały się krople deszczu i wtedy uświadomiłam sobie, jak dawno nie spałam pod namiotem i jakie to jest fajne...
Rano wskoczyliśmy w kajaki i zaczęliśmy wyścig! Oczywiście zmęczyłam się już po kilkunastu metrach, ale Paweł dzielnie wiosłował! Trasa taka sobie - płynęliśmy rzeką Elbląg i Kanałem Jagiellońskim - nuda. Ale do Elbląga przyjechała Agata i porobiła nam kilka fotek :-) Już po spływie poszłyśmy na piwko i niestety Aga zmyła się do Olsztyna.. Wieczorem było ognisko, kiełbaski; śpiewów nie było. Ja padłam jak mucha i chyba o 23 już spałam. Ogólnie - pozytywnie :) Fajnie, że przyjechali też moi znajomi i ich rodziny (rodzice Asi wystartowali pod fenomenalną nazwą "Pędzące zające"!), mieliśmy okazję spędzić razem weekend, co ostatnio nie było takie proste :)
A kolejne zawody dopiero we wrześniu i niestety nie będę mogła w nich uczestniczyć, bo ktoś przecież musi stać na mecie!
I zdjęcia dwa:Dziadek z laską.I Aga i ja :-)

poniedziałek, 31 maja 2010

MK - Swornegacie

Ostatnio (29.05.2010) w Swornychgaciach odbyła się druga edycja Maratonów Kajakówych, w związku z czym odwiedziłam tę fajną miejscowość leżącą nad jeziorem Karsińskim :) Nasza baza była zlokalizowana nad Jeziorem Witoczno, w stanicy wodnej PTTK. Pojechaliśmy ekpią z wesołego dżipa, a raczej busa, czyli: Andrzej - kierowca, Paweł, Maciek, Anita, Asia, Marysia i ja. Maciek niestety już na samym początku naszego wypadu miał malutki wypadek - przypadkowo wypadł z busa, na czym ucierpiał jego prawy nadgarstek.. Chwilę wcześniej zajadał się rzodkiewkami... Śmierdząca sprawa, cos w nich było pewnie.. Ale cóż, do Sworów zejechaliśmy późno, koło 23, zrobiliśmy to co mieliśmy zrobić, położyliśmy się spać, by po około 5 godzinach powstać niczym zombi i zabrać się do roboty.
Pogoda dopisała, zawodnicy także. Na starcie zjawiły się 44 ekipy, z czego 19 solistów! Najwięcej w historii MK :-) Mi oczywiście przypadło siedzenie na starcie i mecie, ale na szczęście Marysia odsługiwała punkt 7 w tym samym miejscu, gdzie ja siedziałam - nudno więc nie było. Do tego towarzystwa dotrzymywał nam przemiły Janusz z Aquariusa ;)
Zawody, jak to zawody - zleciały szybko, wieczorem odbyło się nawet ognisko, gdzie trafilismy już w dość wesołych nastrojach :D Przy ognisku były nawet śpiewy typu: "O seraaa, seraaa, sreaaaaa" czy "Dżooaaannaaaa, Dżooaaannaaaa" w wykonaniu moim lecz głównie Marysi i Asi ;) W między czasie doszło nawet do smarowania jogurtem spalonych rąk jednego z uczestników.. Śmiechu było co nie miara ;)
A następnego dnia wybraliśmy się na spływ kajakowy (tak, tak! w końcu i ja popływałam) Zbrzycą, super trasa, bardzo malownicza, kilka jeziorek po drodze. Wyszły nam koedukacyjne pary, oczywiście poprzez losowanie.
A tu kilka zdjęć :)Zdjęcia robił też Maciek, na szczęście jego nadgarstek nie przeszkadzał mu w tym zbytnio. Tu możecie je obejrzeć: Maćkowe zdjęcia

Za 3 tygodnie kolejna edycja maratonów w elblągu.. Tym razem nie my ją organizujemy, my w niej STARTUJEMY! I tu ogłoszenie duszpasterskie: szukam chętnej osoby, która ze mną wystartuje na trasie Fun Speed 12,5 km. Jacyś chętni? ;-)


I jeszcze specjalnie za namową Marii Awarii zdjęcie słynnej "konstrukcji x7" stworzonej przez KOBIETY ;)

sobota, 15 maja 2010

Wyjazd służbowy ;)

Kolejny raz wywiało mnie, w tym roku, na południe Polski, lecz znów nie w jedno, konkretne pasmo górskie, ale w 3 małe porozrzucane od siebie miejscowości. I znowu był to wyjazd służbowy ;) Dużo jeździliśmy samochodem, mało chodziliśmy po górach, był czas na spotkania ze znajomymi czy na piwko w Krakowie. Ale po kolei. W pewną niedzielę, późnym wieczorem wyruszyliśmy do Warszawy i z dwoma butelkami wina wylądowaliśmy, już bardzo wczesnym poniedziałkiem, u Tomka - znajomego Pawła. Oczywiście nie skończyło się tylko na owym winie, ale to już mniej istotne ;) Pół kolejnego dnia spędziłam miło zawracając czas Jędrkowi oraz męcząc go zdjęciami z Indii; a drugie pół w samochodzie pędzącym na południe. Spotkanie w Piwnicznej Zdroju. Przyszło dość sporo osób, tylu się nie spodziewaliśmy, większość znana nam z zawodów z poprzedniego roku, co bardzo ułatwia pracę. Już rok temu mocno uderzyło mnie to, że ludzie tutaj bardzo dużo się uśmiechają. Widać to w ich twarzach, zachowaniu czy w mowie. Coś rewelacyjnego. Mam wrażenie, że są oni szczęśliwi, na takich przynajmniej wyglądają. Prawdę mówiąc też chciałabym mieć takie urocze zmarszczki przy oczach, takie od serdecznego uśmiechu :-) W ogóle Piwniczna bardzo mi się podoba. To takie małe miasteczko, położone w kotlinie górskiej, a teraz pięknie zielone, taką młodą zielenią, pachnące, spokojne. I wiadomość dla zainteresowanych - w tym roku nocleg na MM nie będzie pod Niemcową, tylko znacznie niżej ;) I najpiękniejsze gwiazdy w życiu widziałam właśnie tam. W Chatce pod Niemcową.
Z Piwnicznej polecieliśmy do Krakowa. Przypadkiem trochę, ale wykorzystaliśmy to na wieczorny spacer po Starym Mieście. Byliśmy tam we wtorek wieczorem. Wiecie jak wygląda Gdańsk w tym samym czasie? Śpi. A Kraków żyje pełną piersią. Następnego dnia dość dużo się działo, najpierw spotkanie w Rabce Zdroju, przejazd w ulewie do Opola, spotkanie z Wojtkiem, szybkie piwko (tylko ja oczywiście) i późnym wieczorem wylądowaliśmy w Złotym Stoku, w kopalni złota, którą prowadzi Ela z rodziną. Mówię wam - rewelacja. Miejsce ma w sobie niesamowity, przyjazny urok; położone w dolinie niby w małym miasteczku, a jednak z boku.
Następnego dnia w końcu wyszliśmy w teren :) przeszliśmy trochę kilometrów w okolicach Lądku Zdrój, dyskutując czy zawodnicy będą tutaj biec pod górę czy może lepiej jak tu akurat będą zbiegać. I udało nam się wstrzelić w dzień bez deszczu.. nie było rewelacyjnie ciepło, ale wilgotność nie osiągnęła 100%. W tym mieście robię zawody pierwszy raz, Paweł już wcześniej z nimi współpracował. Chce im się. Burmistrzowi bardzo się spodobała idea zawodów, już myśli jak zachęcić mieszkańców miasta i gminy do wzięcia udziału ;)
A wracając w strugach deszczu zajechaliśmy do Wrocławia, do Martyny, na piasta oczywiście ;) I już wiem, że w czerwcu napiszę co nieco o Wrocławiu.