I jeszcze krótki filmik ze spływu :) Możecie zobaczyć jak Kośna wygląda.
"Tak naprawdę nie wiemy, co ciągnie człowieka w świat. Ciekawość? Głód przeżyć? Potrzeba nieustannego dziwienia się? Człowiek, który przestaje się dziwić jest wydrążony, ma wypalone serce. W człowieku, który uważa, że wszystko już było i nic nie może go zdziwić, umarło to, co najpiękniejsze - uroda życia."
Ryszard Kapuściński
Ryszard Kapuściński
wtorek, 26 czerwca 2012
piątek, 15 czerwca 2012
Kośna
Kośna to niewielka rzeka, płynąca czasami leniwie, czasami nie, pośród lasów i pagórków Warmii. Bierze swój początek w jeziorze Kośno, jednak my nasz spływ zaczęliśmy tuż za nim - przy moście w miejscowości Kośno. Pierwszego dnia dopłynęliśmy do Pajtuńskiego Młyna, trasa - według niektórych - miała wynieść 17 km, jednak w rzeczywistości było to zaledwie 8, co nas zaskoczyło. Przygotowaliśmy się psychicznie bowiem na płynięcie przez kilka godzin, a tu niespodzianka, po dwóch zobaczyliśmy charakterystyczny, ceglany budynek młyna, z 2 pol. XIX w. Jest to jedyny zachowany na Warmii i Mazurach obiekt takiego typu z zainstalowanym kołem podsiębiernym. Tam, przy lewym brzegu, czekała już na nas Marysia oraz grupa niezadowolonych spływowiczów, którym było za mało. Wspomnę jeszcze o samej rzece. Początkowo, przez około 2,5 km, płynie się lasem, często mając do pokonania urocze i niezbyt skomplikowane zwałki. Dalsza część trasy to głównie spływ przez łąki i pola, pośród trzcin [uwaga, niektórzy się w nich zblokowali] i krowich mord.
Następnego dnia ruszyliśmy spod młyna, zaczynając spływ odcinkiem leśnym. Do stawów rybnych, gdzie mieliśmy przenoskę, do pokonania było 3,3 km, jednak nam wydawało się, że ciut więcej. Może dzięki niespodziance jaką był młyn w miejscowości Patryki [no dobra, przed nią]. Młyn był niespodzianką, ponieważ nikt się go nie spodziewał. Niestety na naszej mapie nie był zaznaczony, a niektórym stworzył małe trudności. Można było go pokonać na 3 sposoby: przepłynięcie pod mostkiem po lewej stronie i wpłynięcie na zwałkę [cyt. Marysię "survival"], przepłynięcie przez próg wodny [z czym poradziły sobie całkiem nieźle kajaki z polietylenu, gorzej miały osoby w laminatach, w tym ja], dobicie do prawego brzegu i przeniesienie kajaka przez prowizoryczny mostek, skonstruowany ze starych desek i drzwi, po drodze mijając góry cegieł. Ostatnią opcję wybrała tylko jedna ekipa - ja i mój kajakowy towarzysz :D
Płyniemy dalej i po kilkunastu minutach i kilku zwałkach dopływamy do stawu rybnego. Tu niestety kończy się przygoda z Kośną [odcinek od mostu drogowego w Kośnie do tego miejsca ma 11 km, w sam raz na jeden dzień ;)], przerzucamy kajaki na Kanał Kiermas, co było momentami karkołomne, szczególne ponowne wodowanie sprzętu. Zejście do kanału jest wysokie i strome, na szczęście wszystkim się udało bez większych szkód.. Samo płynięcie kanałem było momentami urozmaicone, np. w postaci dwóch zwałek, gdzie było tak mało miejsca, że trzeba było całkowicie schować się w kajaku. Gorzej miały osoby płynące kanadyjkami, jedna ekipa przerzucała je ponoć górą ;) Dopływamy do małego, zarośniętego jeziorka i szukamy ujścia. Znaleźliśmy rozwidlenie kanału, my wybieramy Kanał Wiktorii, którym dopływamy do Jeziora Silickiego. Na owym małym, zarośniętym zbiorniku spędziliśmy dwie godziny, kierując ludzi we właściwą stronę.. Tym sposobem z pierwszego kajaka, staliśmy się tzw. czerwoną latarnią ;) Jeżeli wybierzecie się kiedykolwiek na spływ kanałem, uzbroicie się w cierpliwość.
Ilość trzcin momentami była tak spora, że trzeba było chować wiosła i chwytając się za rośliny mozolnie przeciągać się do przodu.. Ciekawostką jest akwedukt, tuż przed samym wpłynięciem na Jezioro Silickie. Przecinają się tutaj dwa kanały: Wiktorii, którym właśnie płynęliśmy oraz Elżbiety [ciekawe kto wymyślił te nazwy...]. Niestety nie wdrapaliśmy się na górę rzucić na nie okiem, w tym czasie walczyliśmy z prądem pod owym akweduktem, bowiem Kanałem Wiktorii płynęliśmy pod prąd. Najlepszym wyjściem było wyskoczenie z kajaka i przeciągnięcie go za bystrze, co też uczyniłam. W tym momencie byliśmy już nieźle zmęczeni - trzciny dały nam w kość. Przed nami pozostał ostatni etap - dwa jeziora i między nimi [znowu..] kanał z trzcinami.. Wylądowaliśmy na plaży ośrodka gdzie się zatrzymaliśmy, nad Jeziorem Klebarskim.
Podsumowując - Kośnę polecam początkującym kajakarzom, rodzinom z dziećmi [to już ciut bardziej doświadczonym rodzicom], oraz wszystkim, którzy chcą spędzić jeden dzień w kajaku, bez większych szaleństw [jak np. na Jarze Raduni].
czwartek, 5 kwietnia 2012
środa, 4 kwietnia 2012
poniedziałek, 5 marca 2012
Ślęża
Na Ślężę chciałam wejść od momentu, kiedy kilka lat temu zobaczyłam ją w oddali z pociągu relacji Wrocław-Jelenia Góra. Siedziała tam, na horyzoncie, majestatycznie wyłaniając się zza mgły i już wtedy kusząc, by zmienić kierunek jazdy. I tak przez kilka lat jedynie przejeżdżałam w okolicach tej góry. Może słowo "góra" to dla kogoś za dużo powiedziane, ale widok samotnego Masywu Ślęży (zwanego także Śląskim Olimpem) wyjeżdżając z Wrocławia naprawdę robi wrażenie.
Wzniesienie ma wysokość 718 m n.p.m i jest najwyższym szczytem Przedgórza Sudeckiego. Wielu osobom wydaje się, że jest to pozostałość stożka wulkanicznego - pewnie ze względu na charakterystyczny kształt góry - jednak to nie erupcje wulkaniczne uformowały Ślężę (bez bicia przyznam się, że też tak myślałam :P). Masyw powstał w wyniku ruchów górotwórczych. Jednak zaobserwować można na nim skały wulkaniczne (głównie w okolicy niższego szczytu - Wieżycy), które są pozostałością po wypływach magmowych. Ok już nie zanudzam geologią, więcej info tu.
Naszą wycieczkę zaczęliśmy od Sobótki, niewielkiej miejscowości zlokalizowanej przy północno-wschodnim zboczu masywu. Na szczyt można dojść kilkoma szklakami, my wybraliśmy żółty i na dzień dobry mieliśmy do pokonania dość strome podejście pod Wieżycę (415 m n.p.m.). Na szczycie tego wzniesienia zbudowana jest z kamienia, dość ciekawa, wieża widokowa. Tutaj zrobiliśmy sobie krótki odpoczynek. Po drodze odnaleźliśmy szlak niedźwiedzia oraz starożytne rzeźby kultowe, otoczone byle jak płotem z siatki. Na prawdę, nie wygląda to ani ładnie, ani efektywnie.
Na szczycie góry znajdują się trzy obiekty: schronisko PTTK im. Romana Zmorskiego (sala "restauracyjna" w stylu Przeminęło z wiatrem...), kościół oraz telekomunikacyjna stacja przekaźnikowa, która góruje nad tym wszystkim. Spokojnym spacerkiem, z licznymi przerwami, wdrapaliśmy się tam w niecałe dwie godziny. A jako że aura sprzyjała, wokół kręciło się dość sporo ludzi. Przez nasze głowy przeszła nawet myśl, prawie ukształtowana w teorię, że to jakiś szlak zakochanych. Same pary pięły się w górę. Łukasz był jednak lepszy od nich.. Wyprowadził na spacer cały swój harem.
Posiedzieliśmy sobie w schronisku, pyknęliśmy kilka fotek i zaczęliśmy zbierać się w stronę auta. Nie chcieliśmy zbytnio szaleć i zdecydowaliśmy, że wracamy także żółtym szlakiem, jego zmiana mogłaby być dla nas zbyt gwałtownym przeżyciem..
A przy parkingu Krawczu jeszcze raz zdobyła szczyt ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)


